Więc uważasz, że Twoim powołaniem jest bycie misjonarzem?

 

Czy znasz to uczucie, kiedy jesteś w szkole misyjnej lub na konferencji i widzisz bohaterów służby wiary dzielących się świadectwami cudownego zaopatrzenia, nadprzyrodzonej przemiany życia i namacalnego działania Boga w miejscach beznadziejnych? Być może myśli w twojej głowie są następujące: chcę tak żyć, chcę, aby moje życie tak wyglądało, chcę podążać za Jezusem w ten sposób, jestem gotowy oddać wszystko.

Jeśli odpowiesz „tak”, wkrótce nadejdzie próba. Wielu odpowiada zgodnie z pragnieniem serca, ale niewielu jest naprawdę gotowych, aby to zrobić. Naprawdę gotowych, aby „oddać swoje życie”, czyli zaryzykować „zmarnowanie swojego życia” dla ewangelii.

Dzisiejszy ruch misyjny w wielu przypadkach przypomina duchową turystykę. Pamiętam, jak w 2017 roku, kiedy uczęszczałem do Harvest School, jeden z bohaterów misji powiedział: „Aby zostać misjonarzem, wymagają od ciebie dwuletniego zaangażowania. To zabawne! Bycie misjonarzem oznacza oddanie swojego życia dla danej grupy ludzi. Nie na dwa lata, nie na pięć lat, ale na całe życie! A może 20 lat? A może 30 lat?”. To mnie poruszyło. Chciałem zostać misjonarzem, ale naprawdę nie byłem gotowy, aby poświęcić nawet dwa lata swojego życia dla jakiegoś miejsca. A tym bardziej nie byłem gotowy, aby poświęcić 10 lat, 20 lat czy całe życie! Czułam wspaniałe, romantyczne powołanie do misji – ale... czy naprawdę miałabym poświęcić swoje życie? Okres dwóch lat? Okres pięciu lat? O nie! To zbyt kosztowne, musiałabym być tak bardzo pewna, że to sam Pan tego ode mnie oczekuje. Nie byłam gotowa, aby „zmarnować” swoje życie. Dwa lata to długi czas. Jeśli zdecyduję się go poświęcić, muszę być pewna, pewna, pewna, rozłożyć runo, skonsultować się z dwoma lub trzema mentorami, mieć wszystkie finanse cudownie zapewnione z wyprzedzeniem (co najmniej 80%), a ponadto muszę wiedzieć, że zadanie będzie wspaniałe, znaczące i nie pójdzie na marne. A kiedy spróbuję – wszystko musi przebiegać gładko, ponieważ jeśli napotkam przeszkodę na drodze, lub co najwyżej dwie przeszkody – prawdopodobnie oznacza to, że Bóg nie prosi mnie o to. Muszę wrócić, modlić się więcej i czekać dłużej, żyjąc swoim życiem i pozostając w bezpiecznym miejscu.

Jak często spotykamy się z takim sposobem myślenia, gdy poznajemy nowych kandydatów do życia misyjnego. Spotykamy ludzi, którzy czują powołanie do misji, są tak bardzo zakochani w Jezusie i idei naśladowania Go oraz posłuszeństwa bez żadnych zastrzeżeń. Ale jak szybko zostają pokonani przez „rzeczywistość”, jak szybko przestają używać świętych słów, takich jak „muszę czekać na Pana”, „muszę więcej się modlić”, „muszę się lepiej przygotować”… Jak mała jest ich wiara. Jak niewielkie ryzyko są gotowi podjąć. Jak niewielką cenę są gotowi zapłacić.

Mateusz 20:22 Ale Jezus odpowiedział i rzekł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić z kielicha, z którego ja będę pił, i być ochrzczeni chrztem, którym ja będę ochrzczony?” Oni rzekli do Niego: „Możemy”.
A co, jeśli zostanie misjonarzem oznaczałoby, że nie masz pieniędzy, aby robić to, co chcesz. A co, jeśli oznaczałoby to, że nie możesz odwiedzać swojej rodziny, kiedy tylko chcesz. A co, jeśli oznaczałoby to, że nie możesz uczestniczyć w eleganckich wydarzeniach, na które byłbyś zapraszany. A co, jeśli oznaczałoby to, że tracisz przyjaciół, którzy nie rozumieją twojego stylu życia i szczerze mówiąc uważają, że nie jest on dla nich wystarczająco fajny. A co, jeśli oznaczałoby to, że musisz sprzątać po innych? A co, jeśli oznaczałoby to, że musisz gotować dla innych? A co, jeśli oznaczałoby to wykonywanie wszystkich tych praktycznych czynności, których nie lubisz, tylko dlatego, że nikt inny nie chce ich wykonywać? A co, jeśli oznaczałoby to, że czujesz się samotny? A co, jeśli oznaczałoby to, że nie będziesz miał nikogo, na kogo możesz liczyć, poza Jezusem? A co, jeśli oznaczałoby to, że będziesz wielokrotnie rozczarowany i rozgoryczony?
Nadal byś podążał?
Nagrodą byłby sam Jezus. Nie byłaby to kochająca wspólnota, nie byłoby uznania ze strony ludzi, nie byłoby widoku owoców swojej pracy, nie byłaby to możliwość robienia tego, co się kocha i rozwijania się w tym.
Nagrodą byłoby zbliżenie się do Niego. Poczułbyś to, co On czuł, uczestniczyłbyś w Jego cierpieniach. Nagrodą byłoby to, o czym mowa w Liście do Filipian 3:10-11.
„Chcępoznać Chrystusa – tak, poznać moc Jego zmartwychwstania i uczestniczyć w Jego cierpieniach, stając się podobnym do Niego w Jego śmierci, i w ten sposób, w jakiś sposób, osiągnąć zmartwychwstanie”.
Czy nadal czułbyś powołanie do misji?