„Nie widać żadnych postępów!” – kilka przemyśleń z ostatniej akcji pomocy osobom bezdomnym

 

Dzisiaj jeden z naszych wolontariuszy podszedł do mnie i powiedział: „Domi, ktoś mi powiedział, że od trzech lat pracuje w Street Church, podając herbatę, i nie widzi żadnych zmian w życiu ludzi”. 

„Co to znaczy?” – zapytałem.

„Cóż, widzą, jak ci sami ludzie przychodzą tu raz po raz, a ich życie wciąż jest nieszczęśliwe, wciąż piją alkohol, kłócą się i sprzeczają. Nie chcą rozmawiać” – wyjaśniła.

„Hmm” – zastanowiłem się przez chwilę. „A jak miałby wyglądać ten postęp?” – zapytałem ponownie.

„Myślę, że powinni być otwarci na to, co ma do powiedzenia, powinni przestać pić i zmienić swoje życie, powinni zostać chrześcijanami” – odpowiedziała mi z wahaniem. 

Następnie wyjaśniłem nasze podejście do sprawy podczas krótkiej przejażdżki autobusem, który co niedziela wozi nas z naszej siedziby do kościoła ulicznego przy głównym dworcu autobusowym w Krakowie. 

Widzicie, to, co my, ludzie, postrzegamy jako postęp, nie zawsze jest tym, co Bóg nazwałby postępem. 

Często mamy oczekiwania, że ludzie powinni reagować i zachowywać się w określony sposób, aby zaspokoić nasze religijne ambicje. Rozumiem, że ludzie nie zawsze chcą rozmawiać i otwierać przed nami swoje serca. W końcu dlaczego mieliby to robić... Często patrzymy na nich z góry i żywiemy wobec nich pewną pogardę, którą oni wyczuwają w naszych interakcjach. Wychodzimy z założenia, że znamy prawdę i narzucamy ją im. Z pozycji, w której jesteśmy „dobrzy, słuszni i stanowić przykład do naśladowania”, zamiast faktycznie ich akceptować...

To powiedziawszy, gdy tylko dotarliśmy na dworzec autobusowy, jeszcze zanim rozpoczęło się spotkanie w Street Church, ktoś podbiegł do mnie z uśmiechem. Był to nasz wieloletni przyjaciel. Były bezdomny, który kiedyś mieszkał na ulicy, prawdopodobnie nasz pierwszy stały przyjaciel z początkowych lat działalności Street Church. Powitał mnie i zamieniliśmy kilka słów na temat tego, jak się mamy. Opowiedział mi o swoich obecnych zmaganiach i podzielił się świadectwami o Bożej wierności w drobnych sprawach. Opowiedział o kościele, do którego teraz chodzi, oraz o swojej sytuacji mieszkaniowej. Uznałem to spotkanie za bezpośrednią i natychmiastową odpowiedź od Jezusa. Dlaczego? Pozwólcie, że podzielę się z wami jego historią. Chociaż jego prawdziwe imię jest inne, dla potrzeb opowieści będę nazywał go Piotrem. 

Kto okazuje miłosierdzie ubogim, ten pożyczaPanu,
    a On wynagrodzi mu to, co uczynił. Księga Przysłów 19:17

Poznaliśmy Petera jakieś pięć lat temu, a może nawet wcześniej. Był jednym z bezdomnych z problemem alkoholowym, którzy co niedziela przychodzili do Street Church. Nie był hałaśliwy, trzymał się na uboczu, ale zawsze podchodził do mnie lub do Siyi, żeby się pomodlić. Prowadziliśmy go do Jezusa, modliliśmy się za niego i zachęcaliśmy do czytania Biblii, co robił – każdej nocy, gdy jeździł po mieście autobusem miejskim (tak często robią tutaj bezdomni, aby się ogrzać). Mimo że przez wiele miesięcy jego życie się nie zmieniło, byliśmy zdumieni, widząc go prawie w każdą niedzielę, witającego nas, proszącego o modlitwę i opowiadającego nam, co przeczytał w Biblii. 

Ale nagle zniknął. Dotarła do nas wiadomość, że trafił do szpitala pod Krakowem z ciężkim zapaleniem płuc. Skontaktowaliśmy się z nim i wysłaliśmy mu środki higieniczne oraz piżamę. Jego stan był poważny, więc modliliśmy się za niego i dodawaliśmy mu otuchy. Zaczął wracać do zdrowia, ale jego płuca były tak uszkodzone, że musiał pozostać w szpitalu przez ponad rok! W międzyczasie Pan działał w jego życiu. Nie pił alkoholu i rzucił palenie, a do tego przebywał w ciepłym miejscu, gdzie zapewniono mu posiłki. To prawdziwe błogosławieństwo dla kogoś, kto wcześniej spał tylko w namiocie lub opuszczonym wagonie kolejowym. 

Kimże jesteś, że osądzasz cudzego sługę? On odpowiada przed swoim panem. A ten zostanie podtrzymany, gdyż Pan ma moc go podtrzymać. List do Rzymian 14:4

Kiedy został wypisany ze szpitala, mieliśmy mieszane uczucia. Dokąd pójdzie teraz? Prawda jest taka, że… martwiliśmy się. Ale jakże miłą niespodzianką było dla nas to, że w następną środę, kiedy prowadziliśmy spotkanie grupy uczniowskiej w chrześcijańskim schronisku dla bezdomnych, zobaczyliśmy tam Piotra! Został przyjęty! Chwała Bogu! Nie jest to łatwe… ponieważ w tym schronisku jest tylko 30 miejsc, a liczba bezdomnych w Krakowie znacznie ich przewyższa. 

Bóg działał w jego życiu, krok po kroku wyprowadzając go z kryzysu. Byliśmy podbudowani i dumni, widząc, jak co tydzień pojawiał się na spotkaniach grupy formacyjnej, a nawet znalazł pracę polegającą na rozdawaniu ulotek reklamowych na ulicy. 

Ale… po okresie rekonwalescencji i duchowego odpoczynku Pan wzywa nas, byśmy coraz bardziej Mu ufali. I tak pewnej niedzieli, gdy głosiliśmy ewangelię w „Kościele na ulicy”, zobaczyliśmy Piotra złamanego i zniechęconego – zupełnie innego niż ten, którego widzieliśmy zaledwie cztery dni wcześniej w schronisku! „Co się stało?” – zapytaliśmy. „Hmm… Pokłóciłem się w schronisku z jednym z liderów. Poprosili mnie, żebym wyszedł… To było niesprawiedliwe, moje życie się skończyło. Teraz wróciłem na ulicę i nie mam żadnej nadziei. Presja jest tak duża, że zamierzam wrócić do picia. Nie ma innego wyjścia” – wyjaśnił. Oczywiście użył innych słów i zwrotów, ale takie było przesłanie jego wypowiedzi. 

Zamarliśmy. Boże… co Ty robisz? Tak dobrze mu szło! Rozwijał się w wierze, podążał za Tobą! Schronisko tak dobrze mu służyło… Co teraz zrobić? Cóż – właśnie po to mamy siebie nawzajem, aby dodawać otuchy braciom i siostrom w trudnych chwilach, więc nagle ja (Dominika) poczułam w sercu, że muszę przemówić do niego słowami wiary i potraktować to jako lekcję tego, jak wygląda chodzenie z Bogiem. „Posłuchaj” – powiedziałam. „Nie poddawaj się, nie jesteś sam. Jezus cię prowadzi i chociaż ta sytuacja wygląda beznadziejnie, On wykorzysta ją, by cię pobłogosławić. Wytrzymaj jeszcze chwilę i zaufaj Mu. Nadchodzą dobre rzeczy” – i modliłam się za niego. Serce mi pękło, gdy zobaczyłam łzy w jego oczach, ale nic nie mogłam zrobić – wciąż nie mamy schroniska, w którym moglibyśmy gościć naszych bezdomnych przyjaciół... Boże, proszę! I tak, ze złamanymi sercami, pożegnaliśmy się i rozeszliśmy się. 

Minęło kilka tygodni. I wtedy znów spotkałem Petera w Street Church! Pełen radości i wdzięczności! Z kwiatami!! Opowiadał, jak bardzo się cieszy, bo dwa dni po modlitwie spotkał starego przyjaciela (również z schroniska dla bezdomnych), który obecnie mieszka w mieszkaniu socjalnym przyznanym mu przez miasto (kolejna cudowna historia) i zaprosił Petera, by zamieszkał z nim. Teraz obaj mieszkają razem i jest to o wiele lepsze niż schronisko, ponieważ mogą się wzajemnie wspierać, mają własną kuchnię, łazienkę, spokój i przestrzeń. Peter przekonał się, że to, o czym mówiłam, że Bóg troszczy się o nas i wykorzystuje najtrudniejsze okoliczności, aby nas pobłogosławić, jest prawdą! Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Dziękuję Ci, Jezu!

Wiemy też, że Bóg we wszystkim działa na dobro tych, którzy Go miłują, którzy zostali powołani zgodnie z Jego zamysłem. List do Rzymian 8:28

A teraz… wróćmy do ostatniej niedzieli i kolejnej rozmowy z Peterem. Zapytałem go, czy nadal mieszka ze swoim przyjacielem. Odpowiedział „tak” i opowiedział mi, jak dobrze im się układa. Chodzą do lokalnego kościoła, a od czasu do czasu organizują nawet spotkania domowej grupy kościelnej w tym mieszkaniu socjalnym. Cóż za zmiana w życiu! Powiedział mi również, że przechodzi kolejny kryzys, ponieważ zasiłek przyznawany mu przez służby socjalne został cofnięty i teraz musi znaleźć sposób na utrzymanie się, ale ufa Bogu, ponieważ wie, że każdy kryzys Bóg może zamienić w błogosławieństwo. Byłam bardzo poruszona. I po raz kolejny modliliśmy się razem, a ja pobłogosławiłam go, ufając, że Pan nawet teraz mu pomoże.  

Po tym, jak się pożegnaliśmy, opowiedziałam tę historię naszym wolontariuszom. Nie chcę, żeby ulegli zniechęceniu i twierdzili, że Bóg nie działa. On działa… Ale potrzebujemy oczu, by widzieć, i uszu, by słyszeć. Potrzebujemy poświęcenia czasu i pokornego serca, by móc usłyszeć te historie. Potrzebujemy wierności, by wytrwać w obliczu kryzysu, zmęczenia i zniechęcenia oraz dostrzec Boże błogosławieństwo po drugiej stronie. 

Dzielę się z wami tą historią, aby dodać wam otuchy – nasze wysiłki i poświęcenie czasu, pieniędzy oraz energii dla Ewangelii nigdy nie idą na marne. Mamy okazję zobaczyć, jak Bóg działa! To właśnie jest sensem naszego życia. 

 

Wesprzyj działalność na rzecz osób bezdomnych prowadzoną przez Iris Krakow